Drogi L.,
Decyzja o
podjęciu korespondencji z Tobą nie należała do najłatwiejszych. Domyślasz się
zapewne, iż nie cechuje mnie słomiany zapał. Kiedy już się do czegoś zabieram,
robię to całą sobą. Brak czasu, nieustanna gonitwa myśli i wyzwań – oto
przeszkody, stojące na drodze do kontynuacji raz rozpoczętych projektów, a każda porzucona idea to tysiące rozczarowań i autowyrzutów. Jak
będzie tym razem – trudno orzec, mam jednak nadzieję, że dasz mi szansę i
przeczytasz choćby co drugi list adresowany do Ciebie.
Wiem doskonale
– nie oszukasz mnie, mój drogi! – że zwracasz uwagę na korespondencję, jaką mi
dostarczasz. Powiedziałeś mi nawet kiedyś o swojej zazdrości, gdy przyszedł do
mnie kolejny list od J. Nie mam Ci tego za złe, naprawdę! Wiem też o Twojej
pasji oglądania kartek pocztowych – trudno ich nie lubić, czyż nie? Je możesz
sobie oglądać do woli, czytać także, w końcu taki jest urok wysyłania ich bez
kopert.
Żal mi Ciebie,
drogi L., roznosisz ludziom całe pliki listów, pocztówek, pakunków, ale czy Ty
czekasz na wiadomość od kogoś? Dlatego właśnie piszę – żebyś i Ty także brał
udział w mojej radości. Po co potajemnie oglądać widoki z najróżniejszych stron
świata, skoro ja z przyjemnością Ci o wszystkich opowiem, jeśli tylko zechcesz
przysiąść na chwilę i poczytać.
Ciekawe, czy w
Kaufbeuren w Niemczech nadal można dostać takie stare zabawki. Lalki zawsze
mnie przerażały, wiesz? Nie jestem pewna, czy tworzenie zabawek na podobieństwo
ludzi jest słuszne. Pluszowe misie są w porządku – wyglądają znacznie
przyjaźniej niż lalki. Zdradzę Ci tajemnicę – kiedy pierwszy raz obejrzałam tę
kartkę, wydawało mi się, że za krzesłem wisi łańcuch. Byłam też gotowa
uwierzyć, iż już za moment w tej nieprzeniknionej ciemności między drzwiami a
ścianą zobaczę wyłaniającą się dłoń. Dłoń zasuszoną, z pożółkłymi i połamanymi
paznokciami. Ręka ta zatrzasnęłaby drzwi, zamykając je od zewnątrz, a ja już na
zawsze pozostałabym w pokoju z jednym tylko krzesłem, lalką i pluszowym misiem…
Budynek z Marchand de vins pochodzi z Paryża.
Zdjęcie datowane jest na 1913/1914 rok. Maurice Branger zaczął swoją karierę fotograficzną
w 1895 roku i zajmował się uwiecznianiem życia codziennego mieszkańców Miasta
Świateł. Najbardziej charakterystycznym jego zdjęciem jest Terrasse de café, ale i fotografia z mojej pocztówki wydaje się
należeć do tych całkiem popularnych. Nie potrafię odszukać ulicy, na której
stał Branger, robiąc to zdjęcie; zdaje się, że w Paryżu zlokalizować można zbyt
wiele restauracji i winiarni. Obiecuję Ci jednak, że gdy tylko dowiem się
czegoś więcej na ten temat, nie omieszkam od razu Cię powiadomić.
Czy widzisz tę
postać, stojącą wewnątrz budynku? Ciekawa jestem, czy to talent Brangera i chęć
zachowania anonimowości klienta, czy może przeciętna (jak na czasy obecne)
jakość sprzętu nie pozwala dojrzeć jego twarzy. Zastanawiający jest też mniejszy
snop światła, ten po prawej – to chyba jakiś odblask – ciekawe czego, prawda? Nad
tym również jeszcze się zastanowię.
Ach, wyobraź
sobie tylko, jak wspaniale byłoby zajrzeć do tej restauracji! Pewnego dnia, gdy
odwiedzę Paryż, spróbuję się za nią rozejrzeć. Może wciąż istnieje? A może na
jej miejscu powstał sklep z kartkami pocztowymi? Moim przewodnikiem będzie okno
na piętrze – jako jedno jedyne sprawia wrażenie dobrego punktu orientacyjnego.
W tym miejscu
zakończę moją dzisiejszą opowieść. Nie dlatego, że straciłam chęć snucia tej
historii, lecz koniecznie muszę przemyśleć, do jakiego kraju udamy się przy
najbliższej okazji. Co powiesz na Nową Zelandię z jej zapierającymi dech w
piersiach krajobrazami?
Ściskam mocno,
D.