sobota, 31 stycznia 2015

I. Wprowadzenie

Drogi L.,

Decyzja o podjęciu korespondencji z Tobą nie należała do najłatwiejszych. Domyślasz się zapewne, iż nie cechuje mnie słomiany zapał. Kiedy już się do czegoś zabieram, robię to całą sobą. Brak czasu, nieustanna gonitwa myśli i wyzwań – oto przeszkody, stojące na drodze do kontynuacji raz rozpoczętych projektów, a każda porzucona idea to tysiące rozczarowań i autowyrzutów. Jak będzie tym razem – trudno orzec, mam jednak nadzieję, że dasz mi szansę i przeczytasz choćby co drugi list adresowany do Ciebie.

Wiem doskonale – nie oszukasz mnie, mój drogi! – że zwracasz uwagę na korespondencję, jaką mi dostarczasz. Powiedziałeś mi nawet kiedyś o swojej zazdrości, gdy przyszedł do mnie kolejny list od J. Nie mam Ci tego za złe, naprawdę! Wiem też o Twojej pasji oglądania kartek pocztowych – trudno ich nie lubić, czyż nie? Je możesz sobie oglądać do woli, czytać także, w końcu taki jest urok wysyłania ich bez kopert. 

Żal mi Ciebie, drogi L., roznosisz ludziom całe pliki listów, pocztówek, pakunków, ale czy Ty czekasz na wiadomość od kogoś? Dlatego właśnie piszę – żebyś i Ty także brał udział w mojej radości. Po co potajemnie oglądać widoki z najróżniejszych stron świata, skoro ja z przyjemnością Ci o wszystkich opowiem, jeśli tylko zechcesz przysiąść na chwilę i poczytać. 


Ciekawe, czy w Kaufbeuren w Niemczech nadal można dostać takie stare zabawki. Lalki zawsze mnie przerażały, wiesz? Nie jestem pewna, czy tworzenie zabawek na podobieństwo ludzi jest słuszne. Pluszowe misie są w porządku – wyglądają znacznie przyjaźniej niż lalki. Zdradzę Ci tajemnicę – kiedy pierwszy raz obejrzałam tę kartkę, wydawało mi się, że za krzesłem wisi łańcuch. Byłam też gotowa uwierzyć, iż już za moment w tej nieprzeniknionej ciemności między drzwiami a ścianą zobaczę wyłaniającą się dłoń. Dłoń zasuszoną, z pożółkłymi i połamanymi paznokciami. Ręka ta zatrzasnęłaby drzwi, zamykając je od zewnątrz, a ja już na zawsze pozostałabym w pokoju z jednym tylko krzesłem, lalką i pluszowym misiem…


Budynek z Marchand de vins pochodzi z Paryża. Zdjęcie datowane jest na 1913/1914 rok. Maurice Branger zaczął swoją karierę fotograficzną w 1895 roku i zajmował się uwiecznianiem życia codziennego mieszkańców Miasta Świateł. Najbardziej charakterystycznym jego zdjęciem jest Terrasse de café, ale i fotografia z mojej pocztówki wydaje się należeć do tych całkiem popularnych. Nie potrafię odszukać ulicy, na której stał Branger, robiąc to zdjęcie; zdaje się, że w Paryżu zlokalizować można zbyt wiele restauracji i winiarni. Obiecuję Ci jednak, że gdy tylko dowiem się czegoś więcej na ten temat, nie omieszkam od razu Cię powiadomić.

Czy widzisz tę postać, stojącą wewnątrz budynku? Ciekawa jestem, czy to talent Brangera i chęć zachowania anonimowości klienta, czy może przeciętna (jak na czasy obecne) jakość sprzętu nie pozwala dojrzeć jego twarzy. Zastanawiający jest też mniejszy snop światła, ten po prawej – to chyba jakiś odblask – ciekawe czego, prawda? Nad tym również jeszcze się zastanowię.

Ach, wyobraź sobie tylko, jak wspaniale byłoby zajrzeć do tej restauracji! Pewnego dnia, gdy odwiedzę Paryż, spróbuję się za nią rozejrzeć. Może wciąż istnieje? A może na jej miejscu powstał sklep z kartkami pocztowymi? Moim przewodnikiem będzie okno na piętrze – jako jedno jedyne sprawia wrażenie dobrego punktu orientacyjnego.

W tym miejscu zakończę moją dzisiejszą opowieść. Nie dlatego, że straciłam chęć snucia tej historii, lecz koniecznie muszę przemyśleć, do jakiego kraju udamy się przy najbliższej okazji. Co powiesz na Nową Zelandię z jej zapierającymi dech w piersiach krajobrazami?
Ściskam mocno,
D.